Życie codzienne

CHCESZ SIĘ ZAMIENIĆ? – CZYLI O ZAZDROŚCI NIEUZASADNIONEJ.

Trzy pomalowane jajka - przedstawiające ludzkie emocje

Zazdrość to jedno  z nielicznych, ba może nawet jedyne uczucie, które możemy określić mianem ambiwalentnego. Dlaczego? Otóż, z reguły ma dwa skrajne oblicza. Może być postrzegana jako zjawisko pozytywne i negatywne, budujące i niszczące, oznaka nienawiści i miłości, wyraz upokorzenia i ambicji. Zdarza się, że jej ulegamy, nie widząc w naszym zachowaniu nic złego, akceptujemy ją jako naturalną konsekwencję pewnych sytuacji i kolejnych życiowych doświadczeń. Bywa też, że negujemy jej istnienie, wstydzimy się jej jako nie przynoszącej splendoru słabości, wypieramy ją z naszej świadomości, serca i umysłu, często pod maską obojętności lub pozornego, fałszywego podziwu. Tak czy siak, żadne z nas nie jest od niej wolne, a próba kwestionowania tego faktu jest stratą czasu i energii. Pod tym względem jesteśmy do siebie bardzo podobni. To co nas różni, to jedynie obiekt zazdrości – osoba tej samej lub przeciwnej płci, rzecz materialna, wykształcenie, praca, stanowisko, cechy osobowościowe, itd. Dla każdego jest to coś zgoła innego. Ważne jest jednakże, aby nie pozwolić jej zagonić nas w ślepy zaułek i w swoim postępowaniu nie obrać drogi bez powrotu, gdyż może to pociągnąć za sobą opłakane w skutkach sekwencje zdarzeń.

Psychologowie rozróżniają trzy oblicza zazdrości:

1. Inspirująca, czyli tzw. łagodna odmiana tego gwałtownego z definicji uczucia. Któż z nas nigdy nie poczuł lekkiego ukłucia w sercu na widok nowego samochodu sąsiada, albo na wiadomość o awansie koleżanki z pracy? Normalka, bo jak mawiają „nic co ludzkie nie jest nam obce”. 😉 To ten rodzaj zazdrości, który sprawia, że wpadamy w autentyczny, niekłamany podziw, będący reakcją na sukcesy, osiągnięcia, czy uśmiech losu skierowany do innych osób. Kiedy to zamiast modlić się w duchu o potknięcie rywala na tyle skuteczne, aby nie uchronił się przed przysłowiowym dołkiem, czy też oczami wyobraźni widzieć nóż w jego plecach, jesteśmy w stanie szczerze mu pogratulować, myśląc w duchu „kurczę, ja też bym tak chciał”. Kiedy dokonania, powodzenie, czy zasłużony triumf przyjaciół, współpracowników, czy członków rodziny jest dla nas impulsem do zmiany, bodźcem do bardziej wytężonej pracy, siłą napędową do pokonania własnych słabości i przekroczenia granic, które sami sobie postawiliśmy, a które nas do tej pory skutecznie ograniczały. Musicie przyznać, iż w tym wariancie jest to zjawisko zupełnie pozbawione tak dobrze nam znanej i często z zazdrością utożsamianej, zawiści. Jednym słowem – pożyteczne.

dwie kobiety, jedna pokazuje drugiej pierścionek

2. Niszcząca – intensywna siła, która odbiera nam radość życia i poczucie spełnienia. Trawi nas od środka, jak podstępna choroba i jak ona wywołuje uczucie bólu. Mimo usilnych starań, nie daje o sobie zapomnieć, strąca nas w otchłań rozpaczy, a niejednokrotnie powoduje, że normalni na pozór ludzie uciekają się do skrajnie radykalnych rozwiązań, takich jak morderstwo czy samobójstwo. Amerykańscy badacze ewolucyjni twierdzą ponad wszelką wątpliwość, że zazdrość w tym wydaniu jest głównym motywem morderstw popełnianych przez mężczyzn na kobietach. Jest to nienawiść w czystej postaci, a pojawienie się na horyzoncie czynnika wyzwalającego to ohydne uczucie, po stokroć potęguje jego natężenie i rozmiary. To tę właśnie odmianę nazywamy chorobą, a psychologowie nie pozostawiając złudzeń dodają „nieuleczalną”. Poznamy ją po tym, że łut szczęścia będący udziałem innych osób, ich rozwijająca się w imponującym tempie kariera, czy inne błogosławieństwo, które na nich spada, zamiast nas uskrzydlać, przygnębiają, napełniają uczuciem porażki i stają się źródłem frustracji, od której już tylko krok do agresji. Automatycznie stawiamy siebie na przeciwległym biegunie, umniejszając swoje zasługi i zalety. Stajemy się w swoich oczach bezwartościowi, bo pozbawieni wielkich pieniędzy, intratnej pracy, świetnie prosperującego biznesu, czy innych dóbr, których brak spędza nam sen z powiek. Gnuśniejemy, popadamy w przygnębienie, atakujemy obiekt naszej zazdrości narażając się na upokorzenie, ośmieszenie i politowanie. Poddajemy się tej destrukcyjnej złej energii bez walki, jednocześnie zdając sobie sprawę na jakie ryzyko nas ona naraża. I choć tego nie chcemy, bardziej lub mniej świadomie zmierzamy do samounicestwienia. W konsekwencji stajemy się sprawcami działań, których skutki mogą rzutować na resztę naszego życia.

płaczące oko, w miejscy źrenicy obraz całującej się pary

3. Patologiczna – będąca rażącą odmianą tej najbardziej wichrzycielskiej i nihilistycznej z emocji. W psychopatologii znana jako Zespół Otella. Manifestuje się w procesie ciągłego, niemalże 24-godzinnego inwigilowania i dręczenia partnera nieustannymi podejrzeniami o zdradę, nie mającej żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Życie z osobą, której poczynaniami i zachowaniem rządzi obsesyjna, niczym nieuzasadniona zazdrość, staje się z czasem koszmarem nie do zniesienia. Dotknięci tą przypadłością na każdym niemalże kroku węszą nielojalność, niewierność i na siłę szukają dziury w całym, czyli w tym przypadku będącego wytworem chorej wyobraźni kochanka. Nietrudno się domyślić jak ten proceder z reguły się kończy – poczuciem porażki, przeświadczeniem o pomyłce podczas dokonywania wyboru towarzysza życia, rozstaniem i rozczarowaniem obu stron. Cierpią bowiem zarówno „oprawca”, jak i jego ofiara.

Czy warto jednakże roztrząsać tak rażąco ekstremalne przypadki i poświęcać im spory areał  uwagi, choćby tylko na polu tego postu? Pewnie nie. Jednakże nawet jeśli uznamy, że ten najbardziej burzliwy wariant zazdrości jest udziałem niewielkiego tylko ułamka ludzkiej populacji, to wątpię, że znajdzie się ktoś, kto nigdy nie doświadczył tej toksycznej skłonności w żadnej z jej licznych postaci. Pozwólcie, że w tym miejscu przytoczę przykład z osobistego życiorysu. Jako aktywna zawodowo nauczycielka, niejednokrotnie już słyszałam komentarze w stylu: „Masz ferie, ale ci dobrze”, albo „Pracujesz tylko 18 godzin tygodniowo, ty to masz życie”. Ostatnie czego bym chciała to narazić się na podejrzenie o próbę wzbudzenia Waszej litości i współczucia, szczególnie w okresie, gdy tyle mówi się na temat różnych aspektów tej profesji w kontekście niskich zarobków i ewentualnego strajku. Równocześnie nie mogę zaprzeczyć, że tego typu uwagi spotykają się z moim wzburzeniem i wywołują efekt na kształt reakcji alergicznej. Żaden teoretyk, choćby najlepszy, nie jest w stanie zrozumieć, że praca w szkole nie kończy się na 18-tej godzinie i że po 18.00 na tarczy zegara nadal wre tylko w innym zgoła otoczeniu, np. czterech ścianach kuchni, bądź pokoju gościnnego; że praca biurowa, do której zawód ten z założenia nie został powołany stanowi znaczną część listy pt. „Zakres obowiązków” i skutecznie odciąga uwagę od procesu dydaktycznego, który w szkole bezwzględnie winien być priorytetem; że zrzucono na nasze barki wiele zadań, realizowanych uprzednio przez Poradnie Psychologiczno-Pedagogiczne, czyniąc z nas psychologów, którymi faktycznie nie jesteśmy; i wreszcie, że w ławkach klasowych coraz częściej zasiada młodzież trudna, objuczona bagażem doświadczeń, którym można by było obdzielić niejednego dorosłego, a  z którym to my, mając świadomość pełnionej funkcji wychowawczej borykamy się w czasie przerw miedzy lekcjami, „okienek” i w prywatnym czasie, a i tak z reguły doby nam nie wystarcza. Pozwólcie, że o wywiadówkach, dniach otwartych, wycieczkach i zebraniach, odbywających się w godzinach popołudniowych i wieczornych tylko wspomnę. A ferie i wakacje? No cóż, to chyba jedyny przywilej, jaki nam jeszcze pozostał. Tylko, czy faktycznie zawsze i w każdych okolicznościach? Niestety ja nie wyjadę we wrześniu w góry, a w marcu nie skorzystam z atrakcyjnej oferty wypoczynku w tropikach. Stąd w tym miejscu chciałabym zadać Ci zasadnicze pytanie: „Chcesz się zamienić?”. Z całym szacunkiem, szczerze wątpię.

kobieta wyglądająca zza płotu

Powyższy przykład, mimo iż bardzo subiektywny, znakomicie ilustruje problem, który stał się plagą, żeby nie powiedzieć piętnem naszych czasów. Świadomi swoich niedociągnięć, braków, czy wad, wyolbrzymiamy zasługi i osiągnięcia innych, a obraz ich życia widziany naszymi oczami jest barwniejszy i bogatszy. Wrażenie jakie na nas robi można by porównać do tego, którego doświadczamy oglądając Słoneczniki Van Gogha w oryginale. Zapominamy jednakże, że to na co patrzymy, to tylko zewnętrzna powłoka, przykrywająca całe warstwy problemów, konfliktów i nieszczęść, o których nie mamy pojęcia, bo nigdy nie oglądają one światła dziennego. Jednocześnie nie doceniamy, tego co mamy, co jest dla nas najważniejszym dobrem, bądź największą wartością. Przeciwnie, im rzeczy są bardziej odległe, niedostępne, nie nasze, tym bardziej atrakcyjne się wydają. Nasza ludzka natura jest na tyle przekorna, że nie pozwala nam widzieć pewnych spraw, takimi jakimi faktycznie są. Zdajemy się zapominać, że każdy większy sukces okupiony jest łzami i cierpieniem. Dlatego miejmy zawsze na uwadze, że tuż za sławą i pieniędzmi, podąża strach o bezpieczeństwo, a ciekawa i poważana praca kryje w tle niezliczone nadgodziny, zarwane noce, służbowe wyjazdy, a w efekcie rozłąkę z bliskimi. Pamiętajmy więc, że nie wszystko złoto co się świeci, a każdy kij ma dwa końce. Ta wiedza zdecydowanie pozwoli nam pozbyć się koszmarów o prosperity innych i spać spokojnie śniąc o własnym powodzeniu. 🙂

Tagged , , , , , , , , ,

1 thought on “CHCESZ SIĘ ZAMIENIĆ? – CZYLI O ZAZDROŚCI NIEUZASADNIONEJ.

  1. Naprawdę dobrze napisane. Wielu autorom wydaje się, że posiadają odpowiednią wiedzę na ten temat, ale z przykrością stwierdzam, że tak nie jest. Stąd też moje pozytywne zaskoczenie. Powinienem wyrazić uznanie za Twoje działania . Zdecydowanie będę polecał to miejsce i częściej tu zaglądał by zobaczyć nowe artykuły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.