Życie codzienne

CO POWIEDZIAŁBY TWÓJ PIES, GDYBY MÓGŁ PRZEMÓWIĆ

pies rasy shih tzu na spacerze

Moja Pańciu,

Mam głos! Nareszcie!!! Teraz powiem Ci o wszystkim, co do tej pory przeżywałem w ciszy, w głębi swojego serca, o wszystkich tych dobrych i tych gorszych momentach. Ale… zacznijmy od początku.

No właśnie… początku nie pamiętam. Nie pamiętam swojej mamy, swoich  braci i sióstr, bo pewnie nie byłem jedynym szczeniakiem, prawda?  Moje pierwsze wspomnienie to widok Twojej uśmiechniętej twarzy i Twój głos, kiedy mówiłaś do mnie pieszczotliwie, jak do dziecka. Pamiętam pierwsze dni  w naszym domu, kiedy tak cierpliwie uczyłaś mnie sikać na podkłady i nigdy na mnie nie krzyczałaś, nawet kiedy nie zdążyłem dobiec do wyznaczonego miejsca. Pamiętam nasze wygłupy i całe mnóstwo zabawek, które później pasjami gryzłem i niszczyłem, a Ty je wyrzucałaś i bez słowa kupowałaś nowe. I wreszcie pamiętam pierwsze noce, kiedy byłem za mały, żeby spać z Tobą w łóżku, bo bałaś się, że w nocy z niego spadnę i dlatego zrobiłaś sobie posłanie na podłodze, żebym mógł być blisko Ciebie. I tak spałaś ze mną, aż trochę podrosłem i mogłem już bezpiecznie wdrapać się na materac i z niego zeskoczyć. I jak uczyłaś mnie wszystkich tych nieprzydatnych komend typu „poproś” i „aport”, których nie cierpiałem, ale wykonywałem je ze stoickim spokojem, bo Twoja radość była bezcenna. Pamiętam też spacer, kiedy pierwszy raz podniosłem łapę przy jakimś słupie, a Ty cieszyłaś się jak wariatka i dałaś mi wtedy dużo smacznych przekąsek, po których trochę bolał mnie brzuch. I kiedy zachorowałem i byłem taki słaby, a Ty zaniosłaś mnie na rękach do pana doktora i po raz pierwszy zobaczyłem małe krople, które kapały Ci z oczu. I byłaś taka smutna… Potem byliśmy u tego miłego pana jeszcze kilka razy i chociaż ukłuł mnie czymś ostrym i to nie było fajne, to poczułem się lepiej i wyzdrowiałem.

I tak żyliśmy sobie beztrosko trzy lata, dopóki w naszym domu nie pojawiła się ona, Miśka, kilkuletnia kotka. Nie ukrywam, nie byłem zadowolony. Na początku miałem frajdę, kiedy pierwsze dni ze strachu spędziła w fotelu, a ja szczekałem na nią, jak tylko próbowała z niego zejść i ona posłusznie wracała na swoje miejsce. Ale potem, z każdym dniem poczynała sobie coraz śmielej. Chodziła po mieszkaniu, zwiedzała wszystkie kąty, zaczepiała mnie łapą i skakała na mnie. Zaglądała nawet do mojej miski, co bardzo mnie wkurzało i nie omieszkałem tego zamanifestować warczeniem i podgryzaniem. Dostałem wtedy od Ciebie kilka razy reprymendę. Nie miałem już całej Twojej uwagi i było mi bardzo przykro. Szczególnie nienawidziłem kiedy brałaś ją na ręce, albo ją przytulałaś. To tak trochę bolało w środku. Raz, o mało jej nie polubiłem. To było wtedy, kiedy zachorowała i wróciła do domu z zapachem miłego doktora i opatrunkiem na brzuchu. Położyłaś ją na kocu. Nie miała siły wstać. Cały czas leżała i miauczała. Podszedłem i polizałem ją po uchu. Spojrzała na mnie, jakby z wdzięcznością, a po kilku dniach wyzdrowiała i znów zaczęła mi dokuczać. Z czasem jednak wszystko się uspokoiło. Miśka najwyraźniej zdecydowała, że woli samotność. Znalazła sobie swoje miejsce w szafie i rzadko się stamtąd ruszała, przeważnie za potrzebą i napełnić żołądek.  I tak jest do tej pory. Czasem ją pogonię, kiedy Cię nie ma  i żeby ją trochę rozruszać, ale niedługo, bo szybko ucieka i wskakuje na górną półkę w tej swojej szafie, gdzie ja nie doskoczę i jest po zabawie. Nadal mnie denerwuje, szczególnie kiedy pomyli kuwetę z moim legowiskiem, ale wtedy Ty wkraczasz do akcji, dajesz jej burę i robi mi się jakoś lepiej.

Najbardziej lubię ten moment, kiedy otwierają się drzwi i wchodzisz do domu. Tak się cieszę, że Cię widzę, że z radości zdarza mi się czasem popuścić. Szczytem szczęścia jest jednak dla mnie ten dzień, który od rana spędzasz w domu, ze mną. Nie dzieje się to często, ale za każdym razem, kiedy skoro świt otwieram oczy, marzę że to dziś będzie ten wyjątkowy czas. Uwielbiam wspólne zabawy i długie spacery z Tobą i kiedy zasypiam zmęczony, ale spokojny, bo wiem, że jesteś obok. Nie cierpię, kiedy znikasz. Nie mogę wtedy jeść i nie interesują mnie zabawki. Bardzo za Tobą tęsknię. Gdybyś wiedziała jak bardzo, to nigdy więcej nie zostawiłabyś mnie samego. Jeśli to przez te kapcie, które zniszczyłem, kiedy byłem mały, to przepraszam. Obiecuję, że niczego więcej nie pogryzę. Nawet kiełbasy, którą położysz w mojej misce. Tylko nie znikaj.

A skoro już jestem przy głosie, to chciałbym Ci jeszcze podziękować. Tak, tak, dobrze słyszysz. Tyle dla mnie przecież zrobiłaś. Dziękuję Ci za te noce na twardej podłodze, za przysmaki, którymi mnie codziennie rozpieszczasz, za dziesiątki pluszaków, które już mi dałaś i za wszystkie, które jeszcze od Ciebie dostanę. Za dobre serce i za uwagę, za troskliwą opiekę, kiedy choruję i radość, gdy odzyskuję zdrowie. Za każdy dzień, każdy spacer i za każdą podróż, w którą mnie zabierasz. Za wspólny czas i zabawę, za codzienne głaski i przytulaski, wycieczki do lasu i jazdę samochodem na przednim siedzeniu. Za obrożę przeciwpchelną i wszystkie kleszcze, które ze mnie wyjęłaś. Za szczepienia i badania i za to, że o tym wszystkim pamiętasz. Dziękuję, że mnie wybrałaś pomimo różowego nosa, który wszystkich innych odstręczał. I wreszcie za miłość, za to, że jesteś i że mnie znalazłaś. Za siedem wspólnych lat. Z całego psiego serca – dziękuję. 🙂

Hadżi

 

Tagged , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.