Życie codzienne

MATKI, CZY TEŻ NIE, WSZYSTKIE MOŻEMY BYĆ SZCZĘŚLIWE

wiklinowy dziecinny wózek z niebieskim futerkiem na niebieskim tle

Kilka tygodni temu czekając w kolejce do stomatologa, zupełnie przypadkiem stałam się uczestnikiem takiej oto rozmowy z pewną leciwą damą, lat na oko 80:

– A to nie ma Pani dzieci?

– No nie.

– Ojej, to niedobrze. Taka Pani biedna. [No jeszcze Bogu dzięki na chleb starcza]Pewnie chora?

– No nie. Nie chora… [poza krótkowzrocznością, migreną i sporadycznymi przeziębieniami innych jednostek chorobowych u mnie nie stwierdzono]

– A mężatka chociaż?

– Owszem.

– To tyle dobrze. To przynajmniej nie sama. [Dzięki Ci Panie za męża, bo nie dość, że jestem bezdzietnym wybrykiem natury, to jeszcze byłabym starą panną] Tylko kto Pani szklankę wody poda na starość? [sama sobie naleję, a jak nie, to może jakaś pielęgniarka w domu opieki się zlituje].

I dalej ta sama Pani widząc, że zakończyłam ten jałowy dialog i więcej tego toczącego ją od środka jadu nie przyjmę, peroruje tym razem już na tyle głośno, żeby cały przekaz trafił do wszystkich pacjentów w poczekalni:

– No tak, te młode teraz to takie leniwe. [młode… dobre…] tylko praca i praca [no to wreszcie leniwe czy nie?] Kiedyś to byłoby nie do pomyślenia! [a do tego jeszcze za późno się urodziłam ;)] Ach… ten świat na głowie staje… [Nie zauważyłam, ale może powinnam szkła wymienić na mocniejsze…?]

Pozwolicie, że nie opatrzę tego dyskursu dodatkowym komentarzem. Interpretacja dowolna 😉

Problem bezdzietności od dłuższego czasu wzbudza wiele kontrowersji i wywołuje ożywione dyskusje. Myślę tu o tych kobietach, które świadomie zrezygnowały z macierzyństwa, a nie o tych, które dzieci mieć nie mogą. Od zarania dziejów niemalże panował pogląd, że kobieta jest spełniona i kompletna dopiero wtedy, kiedy wykorzysta swoje drogi rodne zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem i podzieli się ze światem swoim genotypem. Głęboko zakorzenione założenie, że płeć piękna zdaje egzamin z życia dopiero wtedy, kiedy owo życie wyda na świat spowodował, że wiele z nas decydowało się na posiadanie potomstwa wbrew sobie, swoim przekonaniom, potrzebom, czy pragnieniom. Wszechobecny przymus i presja ze strony społeczeństwa nie pozostawiały większego wyboru. Stąd matkami zostawały te kobiety, które w tej roli w ogóle się nie odnajdywały. I choć przeżywały katusze stwarzając pozory wniebowziętych, to równocześnie dbały o to, aby ich prawdziwe uczucia i motywy nigdy nie ujrzały światła dziennego.

Jakże często bezdzietne kobiety były celem ataku, kpin i krytyki ze strony tych z nas, dla których dziecko stanowiło sens życia i centrum wszechświata. Szczęśliwie czasy zmieniły się na tyle, że nie musimy dłużej udawać, czy obawiać się napiętnowania ze strony fanatycznych zwolenników tzw. pełnej rodziny. Nowoczesna kobieta może pozwolić sobie na to, aby odłożyć decyzję o urodzeniu dziecka na później, albo kompletnie z niego zrezygnować.  A pokus ku temu, żeby zdecydować się na bezdzietność jest ostatnimi czasy dość sporo. Zmienił się sposób postrzegania tych pań, które nie wpadają w euforię na widok dziecka w wózku. Dość często przyznajemy się otwarcie do braku instynktu macierzyńskiego, a co za tym idzie wewnętrznej potrzeby posiadania potomka. Zdarza się, że niskie zarobki i obawa, iż nie będziemy w stanie zapewnić mu życia na określonym poziomie, spędzają nam sen z powiek. Bardzo popularna stała się również wizja niezależnej singielki, skupionej na karierze i realizującej swoje pasje, która na długiej liście życiowych priorytetów umieściła bycie matką na ostatnim miejscu. Ponadto odczuwamy większe przyzwolenie społeczne na odejście od schematu pt. małżeństwo = dzieci. Z biegiem lat ruch feministyczny i bunt samotnych kobiet przeciwko przymusowi urodzenia dziecka, przyczyniły się do zaszczepienia większej tolerancji nawet wśród zwolenników rodzicielstwa. I wreszcie, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, do głosu dochodzą również względy ekologiczne. Część z nas święcie wierzy w to, że przeludnienie naszej planety może doprowadzić do jej zagłady.

Nikogo nie dziwi sytuacja, w której tzw. spełniona matka oskarża „nieródkę” o wyrachowanie, brak odpowiedzialności i skrajny egoizm. Do tego już przecież zdążyłyśmy sie przyzwyczaić. Jakież więc było moje zaskoczenie, kiedy w jednym z wakacyjnych numerów „Wysokich Obcasów” (dodatek do Gazety Wyborczej), przeczytałam fragment listu, dostępny również w Internecie, pt.”Bezdzietne nie lubią matek”. Okazuje się, że przeprowadzono sondę, z której wynika, że wyżej wspomniana niechęć jest obustronna. Nie-matki jawnie gardzą rodzicielkami, uważając je za gorsze, bardziej leniwe i mniej ambitne. Zarzucają im rezygnację z pracy i kariery na rzecz pozyskania 500+, lub wielokrotności tej kwoty. Nie przebierając w słowach czynią aluzje i wymówki do wykorzystywania państwowych funduszy celem ułożenia sobie wygodnego życia. Oskarżają je o małostkowość, konformizm , a nawet hedonizm, prostotę i przeciętniactwo. No, no, no, mocne nie sądzicie? Nie wytrzymały, podjęły wyzwanie, odważyły się i przemówiły. Mało tego, są duże szanse, że ten budzący skrajne emocje pojedynek zakończy się wynikiem 1:1.

Statystyki dotyczące liczby poczęć są także bezwzględne dla idei polityki prorodzinnej w naszym kraju. Otóż, wyniki badań przeprowadzonych w ciągu ostatnich kilku miesięcy pokazują, że odsetek bezdzietnych kobiet w słusznym wieku wynosi  w Polsce aż 15%. Co więcej, popularność wzorca singielki wraz z nieodłączną gamą jej priorytetów, którym daleko do rodzicielstwa, zakorzenił się wśród Polek tak bardzo, że szanse na to, aby 500+ zmniejszyło ten wskaźnik są naprawdę nikłe. I wybaczcie, ale nie mogę się tu powstrzymać  od wyrażenia osobistej opinii na temat tzw. „bykowego”, czyli opodatkowania osób bezdzietnych i samotnych. No ja rozumiem, że pomoc rodzinie, że wsparcie finansowe, a nawet, że skarb państwa pusty, ale żeby nakładać obowiązek płacenia podatku tylko dlatego, że ktoś wybrał taki styl życia, a nie inny, to moim zdaniem rażąca niesprawiedliwość i jawna dyskryminacja. Wszyscy wiemy, co się za tym kryje. Rząd nie jest w stanie zabezpieczyć funduszy na wsparcie dla tzw. „pełnych rodzin”, więc zapłacą za to ci, którzy tych rodzin nie posiadają. Proste? Jak drut. Nie wiem co Wy na to, ale ja mówię stanowcze NIE!

Wśród nas są też takie, które próbują szukać złotego środka. Przykładem może tu być pani Ania Dydzik, autorka witryny „Nieperfekcyjna mama” i książki pod tym samym tytułem. Zapytana o cel prowadzenia bloga, odpowiedziała: „Chciałabym, żeby kobiety nie zamykały się jedynie na swoje macierzyństwo. Bo nie jesteśmy tylko matkami, jesteśmy kobietami, ludźmi z marzeniami, ambicjami i nie możemy zapominać o swoich pragnieniach.” I wiecie co, nie mogła ująć tego lepiej. Konkluzja może być tylko jedna: czy jesteśmy matkami, czy też nie, nie wolno nam utonąć w morzu obowiązków, codzienności, ani też zazdrości i wzajemnych oskarżeń. Zawsze i wszędzie, na każdym kroku powinnyśmy postępować zgodnie ze swoim systemem wartości i żyć tak, aby nie sprzeniewierzyć się sobie. Odwieczna prawda o byciu sobą i w tym kontekście znajduje swoje potwierdzenie. Dlatego zamiast pielęgnować w sobie potwora zawiści i nieakceptacji, skupmy się na poszukiwaniu dobra, piękna oraz tego, co przynosi nam radość i spełnienie. Wiem, co mówię… Nie jestem matką, ale jestem szczęśliwa. 🙂

Tagged , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.