Życie codzienne

CAŁA PRAWDA O MAŁŻEŃSTWIE (historia inspirowana życiem)

dwie złote obrączki na wysokiej suchej trawie

Siedząc przy kuchennym stole z kubkiem kakao, jak co wieczór zapisujesz w terminarzu listę rzeczy do zrobienia na jutro. Odrywasz wzrok od kartki i rozglądasz się po świeżo wysprzątanej, jeszcze pachnącej środkami czystości kuchni. Błysk! Ten widok sprawia Ci niemałą przyjemność. Sama wiesz najlepiej ile wysiłku kosztowało Cię doprowadzenie jej do takiego stanu. I choć retrospekcja ostatnich kilkunastu godzin to ostanie na co masz ochotę, nagle staje Ci przed oczami cały miniony dzień.

Wstałaś rano, jak zwykle o 6. Lekcje zaczynają się przecież o 8, a Ty musisz jeszcze wyprostować włosy, zrobić make-up i wyjść z psem na spacer. Wyglądasz przez okno, cholera, znów pada. Fryzurę i tak szlag trafi. Związując włosy w koński ogon, myślisz, że może to i dobrze, będziesz miała więcej czasu, żeby zrobić sobie i mężowi kanapki do pracy. Nie odciąży Cię dziś, musi wyjść wcześniej, więc wszystko na Twojej głowie. Ach, no i jakieś jedzenie trzeba zwierzętom zostawić, nie będzie Cie przecież kilka godzin. Patrząc na golącego się w łazience męża, zastanawiasz się dlaczego dałaś się w to wszystko wrobić.  Przynajmniej karmienie zwierzaków mogłaś zrzucić na jego barki. Trudno, za późno. On przecież się spieszy…  A Ty? Ty też się spieszysz. Jak w transie odhaczasz w myślach wykonanie poszczególnych czynności, które pozwolą Ci w końcu z czystym sumieniem wyjść z domu. Robisz wszystko co trzeba z prędkością światła, a i tak wypadasz za dziesięć ósma.  Samochód zabrał mąż, więc biegniesz do położonej nieopodal szkoły z trudem omijając kałuże i zastanawiając się, czy zabrałaś wszystkie, sprawdzone wczoraj ostatkiem sił, klasówki. Chyba tak…

Po ostatniej lekcji, pędzisz do domu, robiąc po drodze zakupy, bo przecież ambitnie planujesz ugotowanie obiadu. Może nawet uda się go razem zjeść. Udaje się. Gdzieś między zupą a drugim, mąż prosi Cię o wyprasowanie na jutro białej koszuli, tej najlepszej, na ważne spotkanie z klientem. Ty też go prosisz, żeby wracając z pracy odebrał Twoje buty od szewca, ale już po wyartykułowaniu pierwszych kilku sylab wiesz, że i tak będziesz musiała zrobić to sama, bo przecież to spotkanie z klientem…  Zawieszasz więc głos w pół zdania i bezrefleksyjnie wbijasz widelec w niedojedzoną sztukę mięsa. Po obiedzie biegniesz do drugiej szkoły, bo co z tego, że praca krótka i obiad zdążyłaś ugotować, ale i pensja marna, więc dorobić trzeba. Kończysz o 19 i pędzisz do rodziców. Zadręczają Cię od dłuższego czasu, że w ogóle ich nie odwiedzasz, no to w końcu trzeba…

Wracasz do domu na ostatnich nogach i pierwsze co widzisz  przekraczając próg, to ubłocona przez psa podłoga. Pan zdążył go wyprowadzić. Dzięki Ci Panie! Ale podłoga brudna, więc umyć trzeba… Po kilkunastominutowym tańcu z mopem, masz naprawdę dość. Kiedy więc chwilę później widzisz mokre ślady kocich łap na tejże umytej podłodze, bo Pan wyszedł zapalić na mokry po deszczu balkon, tylko zapomniał później drzwi zamknąć, z trudem opanowujesz pokusę walnięcia Pana między oczy tymże mopem. Zamiast tego podajesz mu go bez słowa, a w myślach powtarzasz najgorsze, najbardziej ohydne przekleństwa jakie znasz. Czując niewielką ulgę powłóczysz nogami w kierunku kuchni, gdzie z tychże ostatnich nóg zwala Cię widok piętrzących się w zlewie brudnych naczyń. Jedyne na co masz ochotę to awantura, taka z krzykiem i potokiem łez, żeby wyrzucić z siebie cały żal, zmęczenie i rozgoryczenie. Ale i na to nie masz po prostu siły. W milczeniu więc zapełniasz zmywarkę, myjesz zachlapaną glazurę nad kuchnią i blatem roboczym i wędrujesz w tempie marszu żałobnego pod prysznic, bo umyć się przecież trzeba. Nie wklepujesz jednak balsamu, bo zmęczenie nie pozwala. Za to po wyjściu z łazienki widzisz w kuchni kubek kakao. Pan już chrapie, wiec pewnie ten kubek jest dla Ciebie. Ludzki Pan! „Przynajmniej tyle”, myślisz sobie. Po zapisaniu kolejnej kartki w terminarzu listą spraw do załatwienia na jutro i wyprasowaniu nieszczęsnej koszuli, wślizgujesz się wreszcie pod kołdrę i bez śladu zdziwienia rejestrujesz, że Pan już w fazie REM mruczy coś pod nosem. I nagle opanowuje Cię bezsilność tak ogromna, że nie próbujesz nawet zahamować płynących po policzkach łez. Gdy wreszcie udaje się opanować rozszalałe emocje, a pies przychodzi Cię pocieszyć i osuszyć Ci twarz swoim językiem, czujesz jak umęczona odpływasz w nicość.

Następnego dnia rano przenikliwy dźwięk budzika sprawia, że otwierasz oczy i widzisz męża odzianego w wyżej wspomnianą koszulę z bukietem czerwonych róż w dłoni. Z oczywistych powodów wydaje Ci się, że jeszcze się nie obudziłaś i nadal śnisz. Kiedy jednak czujesz ciężar założonej Ci właśnie na nadgarstek bransolety, wiesz już, że to nie sen. Słowa, które padają z ust męża chwilę później utwierdzają Cię w tym przekonaniu. „Wiem, że nie jestem idealny, ale kocham Cię i życzę Ci wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy”.  Nie jest idealny, ale Cię kocha, tak jak potrafi, na swój sposób. I widzisz, nawet o rocznicy pamiętał. A Ty pamiętałaś? Może zapomniałaś zapisać w terminarzu…

Tagged , , , , , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.